niedziela, 26 lipca 2015

Takie sobie małe formy.

Trzy dni i dwa sweterki. Chciałam dorobić butki, ale zamordowałam sobie nadgarstek wycinaniem kwadratów na patchworkową matę (tak, tak, rozwijam się szyciowo). Tak mnie sfrustrowały próby pikowania (i wypruwanie tychże), że zmotywowałam się w końcu do wykończenia tych dziewiarskich drobiazgów:


U góry Puerperium po modyfikacjach - po pierwsze rozpinany jest tylko na raglanie, czuję się już trochę pewniej pod kątem ubierania dziecka, więc nie potrzebuję rozpięcia po całości. Poza tym ściągacz zamiast francuza na końcówkach, żeby się lepiej układał. 
Na dole Baby Kimono - nowy dla mnie wzór, całkiem śmieszna konstrukcja, ale trochę za dużo zszywania. Wygląda praktycznie, zobaczymy jak się sprawdzi. 
Włóczka to Drops Cotton Merino - przeprzyjemna w dotyku i całkiem nieźle się pierze i nosi (mam już z niej sweter dla mnie). 
Takie jesienne dziecko można sobie spokojnie obdziergać :). Mojego czerwcowego syna trochę umordowałam zakładając mu bawełniany sweterek ;). Niestety nadgarstek nadal lekko niemrawy, więc trochę się boję ruszać za mocno kocyki. 

czwartek, 9 lipca 2015

Jedyna dziewiarka.



Wprawdzie nie byłam jedyną kobietą w ciąży na Openerze, ale za to jedyną dziewiarką ;).
I tu jeszcze mój nie najnowszy, ale dosyć niedawno skończony sweter - niebo na pleckach, tak jest wygodny (tak ze względu na włóczkę, jak i na wzór):



czwartek, 11 czerwca 2015

Zmieniłam sobie narzędzia na chwilę.

Druty zamieniłam na takie oto:


I powstały nowe markery dla mnie i na nagrody w KALu w grupie Knitting in Poland:







A poszłam tylko po koraliki do mojej wersji Snow Angel


Przy okazji - mogłam zgooglować, ile gramów waży 650 koralików, bo w sklepie było mi ciężko ocenić, mam nadzieję, że 2 paczki starczą :D.



sobota, 30 maja 2015

I w końcu nadszedł ten moment.

Kiedy mogę dziergać coś prostego zerkając tylko, co dziecko robi w piaskownicy. Rękawy przyrastają przy tym niewiarygodnie szybko.


niedziela, 24 maja 2015

Porządki.

Nie wiem, czy to nie jest gniazdowanie czasem, ale nabrałam wielkiej chęci na zmierzenie się z moim stashem włóczkowo-materiałowym. Odkryłam, że pod półkami na książki jest miejsce na jeszcze jedno pudło Vessla, co dało mi dużą motywację do porządków.


Jak widać jest to dramat. Kłębki i kłębuszki wszędzie, głównie poplątane jak się okazało. Zero organizacji w tym wszystkim, pozapominałam po co trzymam niektóre resztki. 
Dwa worki na śmieci później był już w tym jakiś zarys ładu. Z materiałami do szycia poszło bardzo szybko, bo wystarczyło je poskładać i poukładać w pudle, ew. wyrzucić jakieś zabłąkane ścinki. Gorzej było z włóczką. Wyrzuciłam masę resztek, które nie miały nadziei na zastosowanie ich w przyszłości, niemniej postanowiłam się nie rozstawać z każdym mini-kłębkiem, bo nadal nie wykluczam, że kiedyś zaświta mi robienie Beekeeper's Quilt


To samo zrobiłam z nieskończonymi robótkami. Dodałam też karteczki z nazwami włóczek i projektami, które z nich powstały, na wypadek, gdyby nagle pamięć mi wysiadła. Znalazłam kilka rarytasów, które czekają na pomysł:


To jest specjalnie dla mnie uprzędziona i ufarbowana włóczka, którą dostałam w ramach swapu :). Zdjęcie jest kiepskie, ale syn mi broił w bałaganie na podłodze, więc się spieszyłam. A włóczka ma piękny połysk i turkusowy kolor.


Mam też motek kaszmiru, który czeka na jakiś moment, kiedy najdzie mnie chęć na zrobienie Change of Heart.

A to jest widok po: 


Oczywiście w życiu codziennym tylko ten duży bambusowy kosz jest na tym miejscu, drugi służy za stolik nocny, a najmniejszy jest bezpiecznie schowany pod biurkiem, poza tym cały widok na dół półki zasłonięty jest fotelem ;).
W pudłach plastikowych najbliżej biurka mam motki na rzeczy, które robię teraz, potem włóczkę i projekty niedokończone, czyli co mogę mieć największą motywację robić w najbliżej przyszłości, a pod ścianą materiały do szycia. W dużym koszu są ubrania do przerobienia i swetry do prucia (Marks&Spencer wyszukane w lumpeksach głównie). W małym są włóczki, które mają małe szanse bycia wykorzystanymi w przyszłości, ale szkoda ich było wyrzucać, a w najmniejszym to, co aktualnie robię. Została mi jeszcze do uporządkowania kwestia drutów na żyłce tych niewykręcanych (wykręcane są w bardzo pojemnym pokrowcu od Hiya Hiya, które chętnie zrecenzuję w najbliższym czasie). 



poniedziałek, 18 maja 2015

Uszyłam!

Maszyna już powoli zbliża się do pierwszych urodzin i niestety nie jest wykorzystywana tak często, jakbym tego chciała. Nie da się ukryć, że do szycia potrzeba znacznie więcej sprawności intelektualnej niż do robienia na drutach, a wolny czas miewam głównie wieczorami. Ale zrodziła się potrzeba, wynalazł się czas i nawet namówiłam szyjącą siostrę na wspólne maszynowanie u rodziców, więc w końcu jest co pokazać. 



To jest mój nowy dres wyjściowy (dzianina dresówka pętelkowa z elastanem, kupiona TU). Nigdy nie szyłam rękawów, nigdy nie obrabiałam dekoltu, w sumie to moja pierwsza sukienka. Miałam dobry tutorial podpowiedziany przez koleżanki zza wody na ravelry, ale trochę się denerwowałam. Na etapie rękawów miałam dwa kolory fastrygi :D. Wykrój rękawów rysowany samodzielnie okazał się za szeroki, więc trzeba było zwężać, spódnica okazała się za szeroka - to samo, potem przyszyłam spódnicę łapiąc jednocześnie kilka centymetrów  dołu... Ale to wszystko dało się naprawić dopóki nie zdecydowałam się skończonej już sukienki skrócić (bo była za kolano, czyli jak habit). Ciachnęłam tak radykalnie, że już definitywnie nie mogłabym wyjść w tym z domu. Załamałam się nieco, ale potem po prostu złożyłam odcięty kawałek na pół i doszyłam z powrotem. Tak też rozwiązał się problem wykończenia dołu. Materiał jest super, miękki i bardzo elastyczny. Dodałam masę zakładek, więc mam nadzieję, że ponoszę tę sukienkę też jesienią, kiedy brat pana z huśtawki będzie zdecydowanie większy.
Tutorial i inne rewelacyjne ciążowe TU.
I chyba potrzebny mi manekin do robienia zdjęć, bo mój mąż nie jest zbyt pomocny w tej kwestii :D. 

A dzierga się sporo, kocyk następny dla pierworodnego na nowe, większe łóżko:


Jeszcze dwie trzecie przede mną. 



niedziela, 14 grudnia 2014

Broimy.

Po wielu miesiącach marudzenia na zasyp koralikowy... poddałam się. Nie wiem, czy z ciekawości, czy z pociągu do święcącego na stojaku w pasmanterii. Dość, że dwie bransoletki już są, trzecia w drodze. Gdyby to jeszcze szło wolniej, ale to się szydełkuje dosłownie chwilę i to z dzieckiem obok:




Całe szczęście dzierganie nadal jest fajniejsze. Zeszłoroczny sweter, który dopiero teraz doczekał się guzików i chowania nitek:




I bardzo się cieszę, że udało mi się wyhaczyć idealne guziki. Porządniejszych zdjęć nie będzie, bo sweter został podarowany mamie.