niedziela, 11 grudnia 2011

Lodowo

Jakoś w tym roku jest tyle zamieszania, że nie mogę się wbić w ten nastrój tuż przed Świętami. Nawet prezentów wyjątkowo nie chciało mi się kupować, z czego zazwyczaj robię dużo zamieszania. 
Poznań wydaje mi się wyjątkowo szary tego roku. W mieście są okropne korki, wszystko wygląda na odrapane i prowizoryczne. Wszystkie ozdoby są jakieś takie rachityczne, zupełnie nie odświętne. Tydzień temu piekłam pierniki, nawet własnoręcznie tłukłam młotkiem przyprawy do mieszanki, pachniało niesamowicie. A ja nadal nic. Drgnęło coś na koncercie The Glenn Miller Orchestra, grali sporo świąteczno-zimowych kawałków. Na pewno pomógł też Festiwal Rzeźby Lodowej, chociaż też jakoś te rzeźby gorsze niż w zeszłym roku. Mimo wszystko jakoś światełka i kamienice... 


czwartek, 8 grudnia 2011

Nachoinkowo

Co roku robię aniołki na choinki dla bliskich, których będę miała okazję spotkać w święta. Staram się, żeby za każdym razem były zrobione inaczej, ale w końcu metody musiały się skończyć. W tym roku znowu szydełko, muszę się postarać, żeby wyglądały trochę inaczej. Pierwszy wyszedł jakoś wyjątkowo złośliwy z twarzy:


Niestety nie jestem najbardziej utalentowanym operatorem igły.

Znalazłam też śmieszny wzór na świnkę, a jakoś lubię robić świnki ozdobne. 



A na drutach głównie Haruni, schemat A jest świetny, po przerobieniu powtórzenia spokojnie da się go zapamiętać i można nie patrzeć na wydruk. Ale chyba to też kwestia wprawy. Rok temu nie wyobrażałam sobie, że będę wiedzieć z samego spojrzenia na robótkę, w którym miejscu wzoru jestem. Zastanawiało mnie ostatnio, jak to możliwe, że nie mogłam się połapać, na które oczko pora w ściegu ryżowym :D. To pocieszające, bo może w przyszłym roku będę się dziwić, jak mogłam robić oczka nierówno :D. Byłoby fajnie. 

czwartek, 1 grudnia 2011

Nabieranie oczek

Nigdy nie lubiłam pierwszego ze sposobów nabierania oczek, jakiego zostałam nauczona (long-tail cast on jak się okazało, kiedy poszperałam już o tym trochę w internecie). Wydaje mi się on kompletnie nieużyteczny, jeśli chodzi o duże ilości oczek - wyliczenie, jak długi ma być ogonek, kompletnie mi nie wychodzi. W dodatku szkoda mi tej włóczki, bo z kolejnymi podejściami wyraźnie marniała i rozdwajała się na nitki. 
Znałam już szydełkowe provisional cast on, bo potrzebne jest do skarpetek zaczynanych od palców, ale potrzebowałam czegoś do wszystkiego. 
I tak trafiłam na KnittingHelp
Nabieranie oczek normalnie. 
Bardzo szybkie, zdecydowanie lepiej wygląda niż standardowe long-tail.
Nabieranie oczek pod ściągacz.
Nabrałam tak oczka na czapkę z wzoru Star Crossed i potwierdzam, co mówi pani w filmiku - warto się pomęczyć. Chociaż w sumie, jak już tak nabrałam te oczka trzy razy (mam chyba problem z próbkami, nigdy nie mają takiego samego przeliczenia oczek na centymetr, co robótka właściwa na identycznych drutach), w każdym razie po trzecim podejściu zaczęło to być śmiesznie łatwe.

Podejrzewam, że większość dziewiarek już zna te metody, ale nastąpiła mała utrata weny w kwestii zobowiązań uczelnianych, więc skoro dałam sobie bana na druty do czasu skończenia przydziału na dzisiaj, zostało mi tylko grzebanie przy blogu :D.

wtorek, 29 listopada 2011

Uff to był maraton.

A właściwie triathlon, bo szal składa się z trzech części. Została niewielka kulka włóczki, także podejrzewam, że zużyłam jakieś 4/5 motka. 11 dni, zero prucia, jedna nitka bezpieczeństwa i ogromny deficyt snu do odrobienia. 


wtorek, 15 listopada 2011

"mamy tak dużo czasu i tak mało do zrobienia!"

Moja siostra lubi to cytować, kiedy za dużo się dzieje :D. Pomyślałam, że skorzystam.


wtorek, 18 października 2011

Sugar Plum Fairy

Skończyłam szal! Stało się to w sumie już parę dni temu i miałam czas się nimi nacieszyć, bo noszę go stale teraz. Aż jestem wdzięczna za pogodę, bo jest wystarczająco chłodno. Nie chciałam anonsować go na blogu bez zdjęć, więc wrzucam je dopiero dzisiaj :).

piątek, 30 września 2011

The Neverending Story

To nie tylko tytuł jednego z moich ulubionych filmów w dzieciństwie. To prawdopodobnie będzie historia zaczętego szala.

środa, 21 września 2011

Z motyką na słońce

Wymyśliłam, że zaimprowizuję sobie szal. Od dłuższego czasu chcę zrobić coś dla siebie, zaczęłam nawet drugi  Swallowtail, ale jakoś nie chciało mi specjalnie robić tego samego, zwłaszcza w atmosferze ogólnej irytacji oparami naukowymi. Trochę nie podoba mi się jednostronność szala, chciałabym coś niezależnie od strony założonego dobrze. A że dostałam masę książek o dzierganiu...

poniedziałek, 12 września 2011

Przerost treści nad formą.

Pakowałam się gazylion razy w te wakacje i zawsze sporą część torby/walizki zajmowała włóczka. Jestem przerażona tą ilością i chcę, żeby już była w formie ciuchów poskładanych w szafie. Niestety do tego potrzebne mi będzie mnóstwo jesiennych i zimowych wieczorów. Póki co jedyne, co zdołałam wydziergać w samochodzie i pociągu to skarpetki na swap. 

Jestem z nich średnio zadowolona, ale pewnie dlatego, że boję się, że się nie spodobają. Oby chociaż drobiazgi dorzucone na osłodę spełniły swoją rolę. W końcu kogo nie rozbawią drewniane kwiatki? Zresztą kupiłam włóczkę skarpetkową, gdyby pani odbiorca chciała mieć coś ciepłego na nogi.

Odwiedziłam też najładniejszy sklep z włóczkami pod słońcem. Co ciekawe nie w Niemczech, ani nawet w Poznaniu, w Grudziądzu.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Dziewiarka na szczycie.

Dziergałam na Rysach (2503 m n.p.m. wg Wikipedii):

Udało nam się wstrzelić w jedyny moment i miejsce, gdzie nie padało - ruszyliśmy na Rysy od Štrbskégo Plesa. Słowackie Tatry są niesamowite. Dzikie, piękne, nie tak oblegane. Szlak na Rysy ciągnie się zawijasami łagodnie do góry, nie jest jakiś wykańczający. Widoki po drodze ciężko oddać na zdjęciach. Są niesamowite. Nie będę się rozpisywać, kto był ten wie, a kto jest ciekawy, powinien się wybrać ;).




środa, 3 sierpnia 2011

Na bezinterneciu.

Nie spodziewałabym się, że nie będzie mnie przy komputerze tak długo :D.

Po szaleństwie sesyjnym wyjechałam do świeżo wyprowadzonych na wieś rodziców, gdzie rzuciłam się w wir drobnych aktywności na łonie natury i z zaskoczeniem zarejestrowałam, że sprawdzam tylko pocztę uniwersytecką, a i to nie każdego dnia. Polecam każdemu takie urlopy - wygodny hamak, kiedy jest trochę cieplej, przytulny fotel z widokiem na las, kiedy nie, sforę miłych kotów, zaczepnego do zabawy psa i masę zamieszania rodzinnego. 
Powyższe to mój hamak pod gruszą (serio, szarka) z robótką trzymającą mi miejsce. Chwilowo nie padało, ale światło i tak było średnie. Po prawej świeżo posiany trawnik.


piątek, 24 czerwca 2011

Wykończony Swallowtail

Po miesiącu (!) walczenia z wzorem w końcu skończyłam:



piątek, 17 czerwca 2011

Ciężka i długa jest droga do nuppów

Czwarte podejście do Swallowtail. Bardzo łatwo uszkodzić motylka. Parę razy się myliłam, raz zahaczyłam głupią książką o robótkę, więc w połowie zjechała z drutów. Ogólnie robienie szala z takimi ładnymi detalami jest bardzo emocjonujące :D, polecam wszystkim fanom życia na krawędzi. Czuję się już dosyć swobodnie z tym wzorem dzięki temu (z jego pierwszą częścią oczywiście), takie buddyjskie rozumowanie o kształtowaniu przez drogę, czy coś tam :D.


poniedziałek, 30 maja 2011

Trening koncentracji

Szala przybywa, podstawy teoretyczne powiększenia już nabyłam. Bardzo fajnie, że można liczyć na wsparcie z ravelry :).

Szlag mnie trafił już parę razy po drodze. Nie powiem, że jestem najgorzej zorganizowaną osobą na świecie, lubię się trzymać efektywnych schematów, ale...

Moje piękne domki z zaznaczaniem, ile powtórzeń już dokonałam budują ładne osiedle na kartce z wzorem i tak dalej. Normalnie staram się skończyć powtórzenie zanim odłożę robótkę, ale jakoś pogoda kompletnie mnie rozbija, wymyśliłam sobie, że oczywiście zapamiętam. I cholera, oczywiście mam rząd do prucia (to nie brzmi tak dramatycznie, ale to już dosyć sporo oczek z narzutami, których nie znoszę łapać na drut). Muszę sobie wbić w mózg, że nonszalancja niezbyt się przydaje w robótkach ręcznych. Nie wiem, jak to działa u innych, ale szczerze polecam jakiś system notatek okołorobótkowych i skrupulatność. Ale oczywiście pewnie cały świat o tym pamięta poza mną :D.

Naprawdę nie znoszę upałów. Szkoda, że pracownicy mojej specjalności nie są specjalnie towarem pożądanym na Alasce.

Prucie zostawiam do pociągu, wśród ludzi nie wypada mieć napadów agresji.

czwartek, 26 maja 2011

Swallowtail shawl

Mam dużo więcej sympatii do wzoru od kiedy sprawdziłam w słowniku, co właściwie znaczy swallowtail. Jakoś przyjemniej robi się Szal Paź Królowej :)

A więc zaczęłam z szalem w trójkąt. Trochę przerażała mnie budowa takiego czegoś, a właściwie te wszystkie super szczegółowe rysunki, strzałki, schematy, opisy, terminologia... Okazuje się, że zaczynanie jest dosyć proste, nie ma potrzeby obudowywać go takim dramatem. Ale pewnie wynika to z tego, że internetowo trochę trudniej trafić do odbiorcy tłumaczeniem. Wzór na Swallowtail rzucił mi się w oczy już jakiś czas temu, ale jakoś nie wygląda zachęcająco. Aż trafiłam na to zdjęcie:

Dopiero wtedy zauważyłam, jaką fajną ma konstrukcję. Ładnie wygląda to konwalijkowe wykończenie. Pomyślałam, że gdyby nie robić go z włosa Roszpunki na olbrzymich drutach , mogłoby wyjść ładniej. 

Zaletą internetu jest znacznie ułatwione kupowanie włóczki. Po raz pierwszy korzystałam z e-dziewiarki. Jestem wręcz zachwycona. We wtorek nie mogłam spać, wstałam sobie o 4. rano, bardzo słaba godzina. Przeglądałam więc ogromną ofertę włóczek na e-dziewiarce. Rzecz w tym, że chciałam zrobić porządny szal z tymi świetnymi koronkami, ale nie chcę wydawać fortuny na materiał, który prawdopodobnie zniszczę, skoro to pierwsze podejście do koronki w pełnym tego słowa znaczeniu. I trafiłam na YarnArt Wool. Miałam już coś tej firmy i było okropne (różowa włóczka, w końcu zutylizowana w skarpetki), ale obejrzałam kilka projektów z tej konkretnej, skład ma całkiem ok i nie jest droga, więc postanowiłam zaryzykować. Trochę kłopotliwe było wybieranie koloru. Porównywanie kolorów na dwóch monitorach wręcz zaszkodziło. Kupowałam wełnę na dwa szale - dla obu moich sióstr. I o ile łatwo było ustalić ciepły fiolet dla jednej, z kolorem dla drugiej był już problem. Ciężko dobrać coś dla wybrednej miłośniczki etnostylu, która raczej nie ma zahamowań w wyrażaniu dezaprobaty :D. Stanęło na czymś wydaje mi się terakotowym. W sumie byłam przerażona, że okaże się to jakimś pomarańczem jak maszyny na budowie autostrady. Całe szczęście dzięki przelewy24, poczcie polskiej i przede wszystkim e-dziewiarka.pl paczka doszła w szokującym tempie 1 doby i mogłam się przekonać, że kolor jest naprawdę ładny. 

Pierwsza (najkrótsza) część wzoru już za mną. Nawet udało się zacząć bez dramatów, wygląda estetycznie. Projekt jest fajnie napisany, a do tego są jeszcze schematy. Podejrzewam, że problemy zaczną się dopiero przy nuppach. 
Oby nie :D na filmiku z youtube wygląda to całkiem prosto, zobaczymy jak z praktyką.

środa, 18 maja 2011

Sock Swap!

Przeglądałam dzisiaj ravelry i całkiem przypadkiem kliknęłam artykuł o tym, co nowego w grupach na portalu. I tak trafiłam na informację o międzynarodowej wymianie skarpetek. Zabrzmiało całkiem fajnie, zapisy tylko do końca maja, ale za to czasu na wysyłanie skarpetek cała masa - do 31 sierpnia. 
Wprawdzie raczej nie ma reprezentantów naprawdę egzotycznych krajów, przeważają obywatele USA, ale i tak. Jest coś w fajnego w wysyłaniu jakiegoś produktu swoich rąk do kompletnie obcej osoby i dostawaniu paczki z bardzo daleka, gdzie ktoś nieznany robił skarpetki z myślą o mnie ;). Muszę tylko wymyślić jakiś dobry wzór, żeby nie były specjalnie nudne, ale zostawię to sobie na po czerwcu. Mam tylko nadzieję, że nie dostanę nic pomarańczowego ani moherowego :D.

Zostałam też obfotografowana w moim pierwszym projekcie pełnometrażowym. Była dzisiaj całkiem ładna pogoda, więc można się było wybrać w plener. Ogród Botaniczny to moje drugie ulubione miejsce w Poznaniu (pierwsze to pomnik miejsca, w którym stał kiedyś pomnik, nawet postanowiłam tutaj przyjechać na studia dla tej atrakcji). I tak oto, wrzosowa tunika na człowieku (tak, wiem, że dekolt jest ciut przyduży, za szybko zaczęłam gubić oczka):



Edit: Kocham Picnic :D

wtorek, 17 maja 2011

Wrzosowa tunika

Ta dam!

Powinno być zdjęcie całości na moim jestestwie, ale niestety pogoda jest jaka jest, a chciałabym przedstawiać się w takich ładnych okolicznościach przyrody jak Agata i inne bardziej utalentowane dziewiarki wśród blogerek (swoją drogą dziewiarka to jakieś takie idiotyczne słowo, chyba za mało jest jeszcze odkurzone w języku polskim).
Bawełna była kupowana z myślą o zrobieniu tuniki Julia, ale jakoś nie wiem czemu, w każdym razie nie wyszło. 
Nie wyszło też trzymanie się rozrysowanego pomysłu, który zresztą prezentowałam. Ale o tym potem. Robiło się całkiem fajnie, zwłaszcza, że nie musiałam dzielić nic na pół, tylko sobie spokojnie robiłam po obwodzie. Trochę mnie zmęczył ażur na dole, więc odłożyłam robótkę na tydzień. Ale jak już nadszedł termin egzaminu (najbliższa sobota) z przedmiotu seminaryjnego i ulubionego i w ogóle dużo presji, zebrałam się w sobie: 
w dwa dni udało mi się to wykończyć. Nawet z szydełkowym obrębieniem dołu:
Refleksje osobiste na przyszłość:
  1. Bawełna nie jest tak straszna, jak ją malują na różnych forach internetowych etc. - po prostu niezbyt ładnie wychodzą w niej skomplikowane wzory. Wygląda bardzo ładnie w formie i z odpowiednio starannie i niezbyt luźno przerobionymi oczkami. Wyprała się i właśnie się suszy, nie wygląda na zdeformowaną. 
  2. Odnośnie wzorów - skomplikowane wzory nie bardzo mi się podobają na ubraniach. Chciałam gdzieś koniecznie wykorzystać ten łabędziowy ażur, ale gdybym miała to zrobić drugi raz po prostu nad dwoma rzędami narzutów dałabym jakiś prosty zbieżny geometryczny wzorek. No ale c'est la vie, robótka już skończona. Wzór za nic nie przypomina łabędzia :D
  3. Odnośnie kwestii robienia od nowa - prułam dwa razy, dosyć poważną ilość robótki. Miałam mieszane uczucia, nie bardzo lubię pracować nad czymś kilka godzin, żeby potem odplątywać nitkę i zaczynać od nowa. Nie ma szans uniknąć tego etapu, jeśli próbki robi się nieadekwatnie do właściwej pracy, a bardzo się chce nosić efekt kiedykolwiek publicznie. Jakoś wolałam przeboleć te trzydzieści rzędów niż wkurzać się, że nie noszę czegoś nad czym tyle siedziałam.
  4. Lęk przed szydełkiem był nieuzasadniony. W sumie dosyć poważnie, bo szydełko od podstawówki mam jakoś opanowane, to druty rozszyfrowuję od listopada :D. 
  5. Następnym razem trochę bardziej realistycznie podejdę do tego, co zamierzam zrobić. Nie bardzo miałam pojęcia, jak się będzie wszystko układało, gubienie oczek nie było u mnie specjalnie usystematyzowane na długości (bo w rzędach oczywiście równomiernie). Przydałoby się trochę więcej krytycznego namysłu i wyobraźni przy przymiarkach, oszczędziłabym sobie trochę prucia i szycia. 
  6. Trochę więcej przemyślenia wymagałoby też u mnie zrobienie tej bluzki tak, jak planowałam. Do mostka powiedzmy szło zgodnie z planem, potem zmieniłam koncepcję. W sumie jestem zadowolona, ale podejrzewam, że przy następnym projekcie będę bardziej świadoma tego, co robię. 

niedziela, 8 maja 2011

Kolejny stopień wtajemniczenia

Nowości!

Za mną wyjątkowo długi pobyt u rodziców, którzy całe szczęście mieszkają w pięknym miejscu daleko od dużych siedlisk, co wiąże się ze słabym połączeniem internetowym. Stąd zaniedbanie blogowe.

Tymczasem trochę się działo. Przed świętami kończyłam tylko skarpetki, o których pisałam wcześniej. Zdjęcie na nodze niestety robione w świetle lampy w kuchni w ostatni wieczór przed wyjazdem do Poznania. Mama bardzo szybko zaanektowała także tę parę skarpetek, więc to był ostatni moment na fotografie. 
Udało mi się nawet uniknąć za ciasnego wykończenia, bo dodawałam oczko co trzy w ostatnim rządku. Mama jest bardzo zadowolona, tak bardzo, że nawet ich nie nosi :D. Ale skoro już piszę o skarpetkach, to pochwalę się imieninowymi:
Trochę ażurowe i choć wełniane, sporo cieńsze. Mam jeszcze dwa motki tej włóczki, całe szczęście świetnie nadaje się na skarpetki, bo tak już mnie denerwowała, że pewnie nic by z nich nie powstało, tylko zniszczyłabym ją ciągłym pruciem większych projektów. Może uda mi się zatrzymać z jedną parę dla siebie. 

W końcu zaczęłam coś większego na drutach. Zebrałam się w sobie i wybrałam po druty na żyłce. Nie dokonało się to w Poznaniu (kocham się po nim poruszać, jestem fanką mpk i spacerów, ale mimo wszystko wybrać się gdzieś poza godzinami szczytu, wymaga trochę ekwilibrystyki dla mnie i sporo chęci, których zazwyczaj brak, w tych rzadkich chwilach, gdy ma się czas). Wybrałam się do mojej ulubionej pasmanterii, w Grudziądzu, na ulicy, przy której już dawno nie mieszkam ani ja, ani moi rodzice. Pan Rysiu sprzedawał mi do tej pory tylko drobiazgi na prace ręczne i jakieś tam ruchomości domowe, które kupuje się w takich sklepach na rogu. Tymczasem okazało się, że ma spory wybór włóczek (pamiętam z dzieciństwa te półki obładowane kolorowymi motkami) i zawsze pełne pudła drutów wszelkich typów i rozmiarów. Tam odkryłam Opus Polo Natura - wytworzyłam z tego masę rzeczy zimą, miło wełniane i fajnie akrylowo się pierze, bardzo kompromisowa włóczka. Kupowanie u pana z Pasmanterii na Rogu jest samą przyjemnością dla mnie. Uwielbiam szybkie, konkretne zakupy - ja mówię, czego bym sobie życzyła, sprzedawca przedstawia mi jakiś mały zbiór potencjalnych nabytków, ja wybieram, płacę i wychodzę. W Poznaniu nie mam dobrych doświadczeń. Albo niczego nie ma (nigdy nie jestem przekonana, że na pewno. Pytam o dosyć ogólne rzeczy, np. gruba włóczka z dużą zawartością wełny w jakimś szaroniebieskim odcieniu i nigdy ich nie ma, to jest niesamowite), albo przerażona tym, że w ogóle ośmieliłam się fatygować panią jakimiś tam zakupami, wpadam w osłupienie, jak ciekawie można zinterpretować dużą zawartość wełny. 
To była dosyć duża dygresja :D. W każdym razie - kupiłam świetne druty na żyłce. Bambusowe, więc lekkie, żyłka miękka, ładnie się układa. Naprawdę robi różnicę, potwierdzam powszechne przekonanie o tym, że robienie na żyłce jest wygodne, opanowywalne i torebkoprzechowywalne. Zaczęłam robię tunikę, która ma wyglądać tak:
Obawiam się, że nabrałam za dużo oczek (zaczynam od dołu), ale myślę, że nie będzie to specjalny problem, najwyżej będzie trochę szersza niż w mojej wyobraźni. Ażur skończony, dobrałam sobie wzór Swan Shawl. Niestety nie widać go za dobrze w bawełnie, z której ma powstać tunika (Medusa Lux), ale tak myślę, że prasowanie coś da. Trochę zdjęć, jak to teraz wygląda:
Oby to wywinięcie zniknęło po wykończeniu szydełkiem. 

Sesja niebawem, więc pewnie sporo będę robić na drutach :D. Zwłaszcza, że już wybrałam wzory na chusty dla trzech dosyć istotnych kobiet. Haruni dla mamy B., Fiore Rosa dla dziewczyny stryja, która jak się okazuje jest oczywiście robiącą na drutach rodowitą Angielką i obiecała mi książkę o robieniu tradycyjnych swetrów aran i Juneberry dla mojej mamy na jej wyjątkowo jubileuszowe urodziny (wygląda na niesamowicie trudny, boję się, że polegnę, ale ten wzór pasuje do mamy wyjątkowo, do końca listopada jeszcze masa czasu, więc nie zamierzam rezygnować). 

Już całkiem na koniec - robienie na drutach w plenerze jest niesamowicie przyjemne. W Poznaniu z braku ogrodowego hamaka i swobody, jaką daje prywatny kawałek zieleni, chyba się nie zdecyduję, ale szczerze polecam. Z książką o odpowiednio ciężkich okładkach, by się nie zamykała sama, to po prostu wymarzony sposób spędzania leniwego popołudnia na świeżym powietrzu :). 

czwartek, 7 kwietnia 2011

Robótki ręczne na Wyspie Księcia Edwarda

Bardzo lubię czytać, zapomniałam już o tym trochę przy opasłych tomiskach naukowych, które mimo moich szczerych chęci nigdy nie będą do końca interesujące. Zresztą w przypadku literatury niepięknej czytanie nie jest już czynnością samą w sobie, a czynnością służebną. 
Przy okazji robienia na drutach odkryłam z jaką pasją czytałam w dzieciństwie, więc jakoś tak wróciłam do książek z tamtego okresu również. Dzięki Project Gutenberg udało mi się przeczytać całą serię o Anne Shirley Lucy Maud Montgomery. I zostawiając na boku kwestie nie na bloga - przeoczyłam w dzieciństwie wszystkie robótki ręczne, o którym się tam wspomina! Ciekawe, czy w Kanadzie też tak zapomniano trochę o robótkach, jak u nas. 
Maryla pożyczająca wzór od pani Barry, pani Linde wiecznie robiąca na drutach narzuty na łóżko i przy większości dialogów wspominająca o nowym wzorze, Diana świętująca odnowienie przyjaźni z Anią po aferze z winem porzeczkowym przez nauczenie jej sekretnego wzoru na szydełku. Niesamowite, ile umyka nieszukającemu oku :D. Jakie osobiste było wszystko, kiedy jeszcze wykonywało się to ręcznie. Podoba mi się też ta powszechność: brak zaskoczenia (robisz na drutach?!), brak delikatnej pogardliwości, ewentualnie elitarności. Coś przyjemnie normalnego. 
Przy okazji, nie żebym potrafiła robić na drutach i jednocześnie czujnie obserwować drogę, jak pani Linde, ale przy tym całym czytaniu udało mi się skończyć stopę pierwszej skarpetki, została odłożona na żyłkę, bo nie wiem, czy starczy mi tej włóczki na kostkę. To duży plus robienia skarpetek od palców - można je sobie wykańczać jak się chce, a wygląda to i tak porządniej. Zostało mi sporo różnych końcówek włóczek odpowiednich gabarytów.
A przymierzam się do kupienia cienkiej wielbłądziej wełny na szal wiosenny, wkurza mnie trochę, że nie ma takiej w fastrydze. Powinnam się pewnie zadowolić tym, co jest, skoro tak bardzo mi przeszkadza zamawianie z internetu, ale jakoś nie umiem się przestawić z wymarzonej włóczki na substytuty :D. Cenię sobie w umiejętności robienia na drutach to, że jakość materiałów noszonych wzrasta (koniec z akrylowymi czapkami), pewnie dlatego nie chcę nic innego. W tym tempie decydowania szal powstanie na następną wiosnę, a prezent dla mamy na urodziny będzie kończony w noc przed :D. Oby nie mimo wszystko. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Skarpetki - idealna receptura

Trzy pary skarpetek - trzy różne sposoby wykonania. 
I chyba odnalazłam ten, którym będę robić wszystkie kolejne. 
Zaczęłam od skarpetek robionych od góry, pięta wyszła mi nawet foremnie, wprawdzie z braku cierpliwości skarpetka okazała się ciut przymała, niemniej wyglądała jak skarpetka, a w wersji testowej tylko to chciałam osiągnąć. Kolejna para jest już ok, nawet noszę ją często (nie jestem fanką kapci, ale dotykania dywanów gołą stopą też nie, poza tym chyba stoicko niskie ciśnienie powoduje u mnie nieustanne marznięcie kończyn dolnych). Drażniło mnie w niej zakończenie. To tracenie oczek przez ssk i k2tog i w końcu ściąganie oczek razem wygląda mi niewygodnie, za mało gładko. Niemniej nosi się dobrze, chociaż nie próbowałam tego w bucie. Edit: zdjęcia na ravelry. 
Kolejne skarpetki - skończone o 2 rano 2 kwietnia - robiłam dla mamy na imieniny. Podobał mi się przepis na palce z bloga Pimposhki, więc zaczęłam tak. Miałam odpowiednio cienką włóczkę, liczba oczek się nawet zgadza. Wymyśliłam też myślę niezły wzór na część wierzchnią (kostkę i wyżej chyba już zawsze będę robić ściągaczem, jakoś nie chce mi się wierzyć, że co innego może się sprawdzić w używaniu). Fatalny ze mnie ofiarodawca, bo musiałam się nieźle spieszyć, żeby skończyć całą parę zanim wrócę do Poznania i mama odnalazła ją dopiero rano, kiedy blokowała się na suszarce. Tak czy inaczej palce też nie wyszły tak, jak bardzo chciałam, żeby wyglądały - dodawania oczek jakoś nie udało mi się przeprowadzić gładko. Pewnie braki w warsztacie. 
Udałam się na youtube - uwielbiam tutoriale do robienia na drutach. W braku nauczycieli na zawołanie (chociaż poniedziałkowe spotkania kawiarniane zaczynają to powoli zmieniać - miałam już na przykład przyjemność oglądania i dotykania dobrych drutów na żyłce - tak, definitywnie to będzie kolejny zakup robótkowy) jest to jedyna forma przekonania się naocznie, o co chodzi w tych tajemniczych znaczkach we wzorach. Po pierwszym szoku tym dziwactwem, udało mi się znaleźć filmik, na którym pokazywano skarpetki z dokładnie takimi palcami, jakie chciałam uzyskać - autorstwa verypinkknits. Skarpetki są w trakcie robienia, ale już wiem, że palce wyglądają dobrze, z piętą nigdy nie miałam problemów w poprzednich dwóch metodach, także nie będę się specjalnie martwić. Wprawdzie nabranie tych owiniętych oczek i przerobienie ich razem wymagało trochę przemocy (myślę, że obserwatorów mnie przy pracy trochę zaskakuje, że to spokojne, babcine hobby może wywoływać tak silne emocje, epitety i agresję).




Zastanawiam się, czy robienie na drutach wymaga faktycznych prób i kilku nieudanych produktów, czy może da się je zastąpić odpowiednim przygotowaniem teoretycznym i naoglądaniem się mnóstwa zdjęć. Myślę o tym w kwestii swetra, który w jakiejś mitycznej przyszłości chciałabym zrobić (podejrzewam, że też potestuję na mamie). Sprawdzę to przy następnej okazji - następny w kolejce jest szal w trójkącie, którego początek w postaci trzech oczek mnie jakoś zastanawia, zwłaszcza w kontekście strzałek na schemacie, które tworzą jakiś dziwny zygzak :D. Planuję jednak podarować na okazje zimowe dwa eleganckie szale z równie eleganckiej włóczki, a nie odważę się mimo wszystko próbować, czy potrafię je zrobić dopiero jesienią.



piątek, 25 marca 2011

Zakończenia

Naprawdę lubię wykańczać robótki, samo ściąganie ich z drutów, pranie, układanie do blokowania etc. wydaje mi się bardzo przyjemne. Właśnie podziwiam blokujący się szal i nie mogę się nadziwić, że tych nierównych oczek nie widać aż tak bardzo :D. 
Mój kryzys to gdzieś 4/5. Kiedy niby już jest dużo, ale ciągle jeszcze sporo do końca. Robótka ma już wtedy swoją wagę, więc machanie drutami nie jest dla mnie tak przyjemne. Nie mam specjalnie cierpliwości do niczego, a do długotrwałych, jednostajnych czynności tym bardziej. Podejrzewam, że stąd mój pomysł na robienie na drutach - próbuję się zdyscyplinować. Chyba nie ma lekarstwa na kryzys 4/5 robótki. Powtarzanie sobie wesołej mantry, że już niedługo koniec i zacznę podziwiać efekty, może nie podziałać na cyników i sceptyków. Trzeba zacisnąć zęby, puścić jakiegoś audiobooka, kiedy trzeba patrzeć na oczka, film, kiedy nie i zmuszać się do przerabiania kolejnych rzędów :D. Jakość mojego angielskiego może się poprawiać - odsłuchałam już Coraline i Stardust Gaimana, muszę znaleźć nową skomplikowaną robótkę, żeby dokończyć The Children of Húrin, chociaż drażni mnie trochę Christopher Lee odtwarzający głos Morwen, czy Meliany :D. 
Konkludując próby z Magic Loop - czapka jest gotowa i w użyciu. Jedyne zdjęcia pochodzą z wyprawy do Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie ten ostatni gra główną rolę, a czapkoodbiorca nie jest chętny użyczać swojego wizerunku jako model, więc na ravelry dokumentacja fotograficzna zostanie dołączona przy jakiejś innej ładnej pogodzie, gdy zdjęcie w mieszkaniu będzie miało jakiś sens. Na łączeniu nie zrobiła się drabinka, niestety jakimś cudem, mimo dodania innego koloru wełny na pewno przy początku, dwie granatowe kreski, które miały jakoś urozmaicić szarość, nie są na dokładnie tej samej wysokości. Ale pocieszam się, że przynajmniej na pewno wiadomo, gdzie jest tył. Przy czapkach zawsze najbardziej boję się nienaturalnego czubka, którego póki co (fingers crossed) uniknęłam przy każdej z czterech już zrobionych. Druty pończosznicze jakoś łatwiej mi się obsługuje - teraz oczka były ciasne i momentami trudno mi było je przesuwać na drucie, co przypłaciłam wgnieceniem na palcu wskazującym. Zobaczymy, o czym już napisałam w odpowiedzi na komentarz Agaty, jak to będzie przy bardziej eleganckiej wersji drutów z żyłką. Co powinno nastąpić niebawem, bo chciałabym zrealizować pomysł na bluzkę bez ramion z dekoltem amerykańskim, której jakoś nie wyobrażam sobie zaczynać na pięciu drutach.

piątek, 18 marca 2011

Porażka

Po nabraniu zdecydowanie za ciasnych oczek, po dziesięciu rzędach, gdzie zaczęłam się przyzwyczajać do metody... Pierwsza przymiarka. Moja rada - róbcie próbki. Wprawdzie robię tę nieszczęsną czapkę z tej samej włóczki, co mam już gotową i niby wystarczyło policzyć oczka tam, ale o ile wzięłam poprawkę na to, że poprzednio wyszła za luźna, nie wzięłam pod uwagę zmianę drutów o dwa rozmiary. Irytujące. A więc prucie. Czekam, aż wełna odpocznie trochę i ukonstytuuje się na prosto zanim wezmę się znowu.
Pocieszające, że to, co już zrobiłam wychodziło całkiem ładnie. Moja obawa, że sztywna żyłka za mocno rozepcha przerwę między obiema częściami robótki, okazała się bezzasadna (albo z wyjątkową determinacją zaciskam te początkowe oczka). Oczka wychodzą bardzo równe. Nie należało bać się tego całego wyciągania żyłki i zastosować trochę przemocy od początku.

Tymczasem kończę też szal. A przynajmniej od dwóch motywów powtarzam sobie, że kończę (i cały czas odpowiadam "jeszcze jeden listek"). To Saroyan z ravelry, ładny i nie męczący, o ile część ze ściegiem gładkim nie ma wielkich rozmiarów (przy ilości oczek, które mam ja ze względu na cieniutką włóczkę, sprawa wygląda trochę inaczej). Tak czy inaczej miło będzie mieć coś ładnego i eleganckiego na wiosnę. Oby nadeszła po weekendzie, chciałabym się pokusić o zdjęcia.

środa, 16 marca 2011

Magic Loop

Nikt w mojej rodzinie nie bawi się w rękodzieło (chociaż pewnie można by w to wliczyć konstruowanie sporej części wyposażenia w domu moich rodziców przez tatę, ale to już profesjonalizm, nie zabawa). Tak czy inaczej ciężko więc wyżalać się na opór materii w kwestii machania drutami, czy plątania włóczek ludziom, którzy nie są tym w żaden sposób zainteresowani. A więc blog. Zapraszam.

Do magic loop podchodziłam nieufnie. Wprawdzie tutorial na youtube autorstwa theknitwitch jest absolutnie godny zaufania i pomocny, ale za każdym z dwóch leniwych podejść wychodziło coś na kształt mieszaniny kabli za biurkiem (głośniki,laptop,przedłużacz,lampka), a nie właściwy prawie-projekt. Podejrzewam, że ma coś z tym wspólnego sztywność drutów na żyłce, którymi dysponuję. Daleko spokrewniona ciocia podarowała mi zgrabne pudełko z masą drutów, w tym trzy komplety na żyłce. Niestety to cudowne urządzenie - zachwalane pod niebiosa na licznych blogach pań, które niemal co tydzień zamieszczają zdjęcie nowego sweterka - u mnie dopiero po kąpieli we wrzątku przybrało zadowalającą elastyczność (nadal nie taką jak druty theknitwitch). Mam wrażenie, że w końcu wymuszę na sobie kupienie porządnego kompletu. W między czasie (na drutach robię od czterech miesięcy) opanowałam druty pończosznicze i bez problemu dokonałam na nich parę skarpetek i dwie trzecie beretu. 
Okazją do kolejnego podejścia do magic loop jest chęć obdarowania mojego współlokatora na specjalnych prawach czapką, która chroniłaby jego przymusowo niezbyt porośniętą głowę przed wiosennymi wichurami. Potencjalny czapkobiorca jest zresztą wielkim fanem nakryć głowy o każdej porze, a obecnie musi wyjątkowo dbać o zdrowie. 
Do sedna. Pokonałam moje druty o 2 rządki ściągacza. Ciekawe, jak ekspresywna będzie przerwa między obiema częściami. Podejrzewam, że czapka będzie nie do użytku. Okaże się za parę okrążeń.