piątek, 25 marca 2011

Zakończenia

Naprawdę lubię wykańczać robótki, samo ściąganie ich z drutów, pranie, układanie do blokowania etc. wydaje mi się bardzo przyjemne. Właśnie podziwiam blokujący się szal i nie mogę się nadziwić, że tych nierównych oczek nie widać aż tak bardzo :D. 
Mój kryzys to gdzieś 4/5. Kiedy niby już jest dużo, ale ciągle jeszcze sporo do końca. Robótka ma już wtedy swoją wagę, więc machanie drutami nie jest dla mnie tak przyjemne. Nie mam specjalnie cierpliwości do niczego, a do długotrwałych, jednostajnych czynności tym bardziej. Podejrzewam, że stąd mój pomysł na robienie na drutach - próbuję się zdyscyplinować. Chyba nie ma lekarstwa na kryzys 4/5 robótki. Powtarzanie sobie wesołej mantry, że już niedługo koniec i zacznę podziwiać efekty, może nie podziałać na cyników i sceptyków. Trzeba zacisnąć zęby, puścić jakiegoś audiobooka, kiedy trzeba patrzeć na oczka, film, kiedy nie i zmuszać się do przerabiania kolejnych rzędów :D. Jakość mojego angielskiego może się poprawiać - odsłuchałam już Coraline i Stardust Gaimana, muszę znaleźć nową skomplikowaną robótkę, żeby dokończyć The Children of Húrin, chociaż drażni mnie trochę Christopher Lee odtwarzający głos Morwen, czy Meliany :D. 
Konkludując próby z Magic Loop - czapka jest gotowa i w użyciu. Jedyne zdjęcia pochodzą z wyprawy do Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie ten ostatni gra główną rolę, a czapkoodbiorca nie jest chętny użyczać swojego wizerunku jako model, więc na ravelry dokumentacja fotograficzna zostanie dołączona przy jakiejś innej ładnej pogodzie, gdy zdjęcie w mieszkaniu będzie miało jakiś sens. Na łączeniu nie zrobiła się drabinka, niestety jakimś cudem, mimo dodania innego koloru wełny na pewno przy początku, dwie granatowe kreski, które miały jakoś urozmaicić szarość, nie są na dokładnie tej samej wysokości. Ale pocieszam się, że przynajmniej na pewno wiadomo, gdzie jest tył. Przy czapkach zawsze najbardziej boję się nienaturalnego czubka, którego póki co (fingers crossed) uniknęłam przy każdej z czterech już zrobionych. Druty pończosznicze jakoś łatwiej mi się obsługuje - teraz oczka były ciasne i momentami trudno mi było je przesuwać na drucie, co przypłaciłam wgnieceniem na palcu wskazującym. Zobaczymy, o czym już napisałam w odpowiedzi na komentarz Agaty, jak to będzie przy bardziej eleganckiej wersji drutów z żyłką. Co powinno nastąpić niebawem, bo chciałabym zrealizować pomysł na bluzkę bez ramion z dekoltem amerykańskim, której jakoś nie wyobrażam sobie zaczynać na pięciu drutach.

piątek, 18 marca 2011

Porażka

Po nabraniu zdecydowanie za ciasnych oczek, po dziesięciu rzędach, gdzie zaczęłam się przyzwyczajać do metody... Pierwsza przymiarka. Moja rada - róbcie próbki. Wprawdzie robię tę nieszczęsną czapkę z tej samej włóczki, co mam już gotową i niby wystarczyło policzyć oczka tam, ale o ile wzięłam poprawkę na to, że poprzednio wyszła za luźna, nie wzięłam pod uwagę zmianę drutów o dwa rozmiary. Irytujące. A więc prucie. Czekam, aż wełna odpocznie trochę i ukonstytuuje się na prosto zanim wezmę się znowu.
Pocieszające, że to, co już zrobiłam wychodziło całkiem ładnie. Moja obawa, że sztywna żyłka za mocno rozepcha przerwę między obiema częściami robótki, okazała się bezzasadna (albo z wyjątkową determinacją zaciskam te początkowe oczka). Oczka wychodzą bardzo równe. Nie należało bać się tego całego wyciągania żyłki i zastosować trochę przemocy od początku.

Tymczasem kończę też szal. A przynajmniej od dwóch motywów powtarzam sobie, że kończę (i cały czas odpowiadam "jeszcze jeden listek"). To Saroyan z ravelry, ładny i nie męczący, o ile część ze ściegiem gładkim nie ma wielkich rozmiarów (przy ilości oczek, które mam ja ze względu na cieniutką włóczkę, sprawa wygląda trochę inaczej). Tak czy inaczej miło będzie mieć coś ładnego i eleganckiego na wiosnę. Oby nadeszła po weekendzie, chciałabym się pokusić o zdjęcia.

środa, 16 marca 2011

Magic Loop

Nikt w mojej rodzinie nie bawi się w rękodzieło (chociaż pewnie można by w to wliczyć konstruowanie sporej części wyposażenia w domu moich rodziców przez tatę, ale to już profesjonalizm, nie zabawa). Tak czy inaczej ciężko więc wyżalać się na opór materii w kwestii machania drutami, czy plątania włóczek ludziom, którzy nie są tym w żaden sposób zainteresowani. A więc blog. Zapraszam.

Do magic loop podchodziłam nieufnie. Wprawdzie tutorial na youtube autorstwa theknitwitch jest absolutnie godny zaufania i pomocny, ale za każdym z dwóch leniwych podejść wychodziło coś na kształt mieszaniny kabli za biurkiem (głośniki,laptop,przedłużacz,lampka), a nie właściwy prawie-projekt. Podejrzewam, że ma coś z tym wspólnego sztywność drutów na żyłce, którymi dysponuję. Daleko spokrewniona ciocia podarowała mi zgrabne pudełko z masą drutów, w tym trzy komplety na żyłce. Niestety to cudowne urządzenie - zachwalane pod niebiosa na licznych blogach pań, które niemal co tydzień zamieszczają zdjęcie nowego sweterka - u mnie dopiero po kąpieli we wrzątku przybrało zadowalającą elastyczność (nadal nie taką jak druty theknitwitch). Mam wrażenie, że w końcu wymuszę na sobie kupienie porządnego kompletu. W między czasie (na drutach robię od czterech miesięcy) opanowałam druty pończosznicze i bez problemu dokonałam na nich parę skarpetek i dwie trzecie beretu. 
Okazją do kolejnego podejścia do magic loop jest chęć obdarowania mojego współlokatora na specjalnych prawach czapką, która chroniłaby jego przymusowo niezbyt porośniętą głowę przed wiosennymi wichurami. Potencjalny czapkobiorca jest zresztą wielkim fanem nakryć głowy o każdej porze, a obecnie musi wyjątkowo dbać o zdrowie. 
Do sedna. Pokonałam moje druty o 2 rządki ściągacza. Ciekawe, jak ekspresywna będzie przerwa między obiema częściami. Podejrzewam, że czapka będzie nie do użytku. Okaże się za parę okrążeń.