czwartek, 7 kwietnia 2011

Robótki ręczne na Wyspie Księcia Edwarda

Bardzo lubię czytać, zapomniałam już o tym trochę przy opasłych tomiskach naukowych, które mimo moich szczerych chęci nigdy nie będą do końca interesujące. Zresztą w przypadku literatury niepięknej czytanie nie jest już czynnością samą w sobie, a czynnością służebną. 
Przy okazji robienia na drutach odkryłam z jaką pasją czytałam w dzieciństwie, więc jakoś tak wróciłam do książek z tamtego okresu również. Dzięki Project Gutenberg udało mi się przeczytać całą serię o Anne Shirley Lucy Maud Montgomery. I zostawiając na boku kwestie nie na bloga - przeoczyłam w dzieciństwie wszystkie robótki ręczne, o którym się tam wspomina! Ciekawe, czy w Kanadzie też tak zapomniano trochę o robótkach, jak u nas. 
Maryla pożyczająca wzór od pani Barry, pani Linde wiecznie robiąca na drutach narzuty na łóżko i przy większości dialogów wspominająca o nowym wzorze, Diana świętująca odnowienie przyjaźni z Anią po aferze z winem porzeczkowym przez nauczenie jej sekretnego wzoru na szydełku. Niesamowite, ile umyka nieszukającemu oku :D. Jakie osobiste było wszystko, kiedy jeszcze wykonywało się to ręcznie. Podoba mi się też ta powszechność: brak zaskoczenia (robisz na drutach?!), brak delikatnej pogardliwości, ewentualnie elitarności. Coś przyjemnie normalnego. 
Przy okazji, nie żebym potrafiła robić na drutach i jednocześnie czujnie obserwować drogę, jak pani Linde, ale przy tym całym czytaniu udało mi się skończyć stopę pierwszej skarpetki, została odłożona na żyłkę, bo nie wiem, czy starczy mi tej włóczki na kostkę. To duży plus robienia skarpetek od palców - można je sobie wykańczać jak się chce, a wygląda to i tak porządniej. Zostało mi sporo różnych końcówek włóczek odpowiednich gabarytów.
A przymierzam się do kupienia cienkiej wielbłądziej wełny na szal wiosenny, wkurza mnie trochę, że nie ma takiej w fastrydze. Powinnam się pewnie zadowolić tym, co jest, skoro tak bardzo mi przeszkadza zamawianie z internetu, ale jakoś nie umiem się przestawić z wymarzonej włóczki na substytuty :D. Cenię sobie w umiejętności robienia na drutach to, że jakość materiałów noszonych wzrasta (koniec z akrylowymi czapkami), pewnie dlatego nie chcę nic innego. W tym tempie decydowania szal powstanie na następną wiosnę, a prezent dla mamy na urodziny będzie kończony w noc przed :D. Oby nie mimo wszystko. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Skarpetki - idealna receptura

Trzy pary skarpetek - trzy różne sposoby wykonania. 
I chyba odnalazłam ten, którym będę robić wszystkie kolejne. 
Zaczęłam od skarpetek robionych od góry, pięta wyszła mi nawet foremnie, wprawdzie z braku cierpliwości skarpetka okazała się ciut przymała, niemniej wyglądała jak skarpetka, a w wersji testowej tylko to chciałam osiągnąć. Kolejna para jest już ok, nawet noszę ją często (nie jestem fanką kapci, ale dotykania dywanów gołą stopą też nie, poza tym chyba stoicko niskie ciśnienie powoduje u mnie nieustanne marznięcie kończyn dolnych). Drażniło mnie w niej zakończenie. To tracenie oczek przez ssk i k2tog i w końcu ściąganie oczek razem wygląda mi niewygodnie, za mało gładko. Niemniej nosi się dobrze, chociaż nie próbowałam tego w bucie. Edit: zdjęcia na ravelry. 
Kolejne skarpetki - skończone o 2 rano 2 kwietnia - robiłam dla mamy na imieniny. Podobał mi się przepis na palce z bloga Pimposhki, więc zaczęłam tak. Miałam odpowiednio cienką włóczkę, liczba oczek się nawet zgadza. Wymyśliłam też myślę niezły wzór na część wierzchnią (kostkę i wyżej chyba już zawsze będę robić ściągaczem, jakoś nie chce mi się wierzyć, że co innego może się sprawdzić w używaniu). Fatalny ze mnie ofiarodawca, bo musiałam się nieźle spieszyć, żeby skończyć całą parę zanim wrócę do Poznania i mama odnalazła ją dopiero rano, kiedy blokowała się na suszarce. Tak czy inaczej palce też nie wyszły tak, jak bardzo chciałam, żeby wyglądały - dodawania oczek jakoś nie udało mi się przeprowadzić gładko. Pewnie braki w warsztacie. 
Udałam się na youtube - uwielbiam tutoriale do robienia na drutach. W braku nauczycieli na zawołanie (chociaż poniedziałkowe spotkania kawiarniane zaczynają to powoli zmieniać - miałam już na przykład przyjemność oglądania i dotykania dobrych drutów na żyłce - tak, definitywnie to będzie kolejny zakup robótkowy) jest to jedyna forma przekonania się naocznie, o co chodzi w tych tajemniczych znaczkach we wzorach. Po pierwszym szoku tym dziwactwem, udało mi się znaleźć filmik, na którym pokazywano skarpetki z dokładnie takimi palcami, jakie chciałam uzyskać - autorstwa verypinkknits. Skarpetki są w trakcie robienia, ale już wiem, że palce wyglądają dobrze, z piętą nigdy nie miałam problemów w poprzednich dwóch metodach, także nie będę się specjalnie martwić. Wprawdzie nabranie tych owiniętych oczek i przerobienie ich razem wymagało trochę przemocy (myślę, że obserwatorów mnie przy pracy trochę zaskakuje, że to spokojne, babcine hobby może wywoływać tak silne emocje, epitety i agresję).




Zastanawiam się, czy robienie na drutach wymaga faktycznych prób i kilku nieudanych produktów, czy może da się je zastąpić odpowiednim przygotowaniem teoretycznym i naoglądaniem się mnóstwa zdjęć. Myślę o tym w kwestii swetra, który w jakiejś mitycznej przyszłości chciałabym zrobić (podejrzewam, że też potestuję na mamie). Sprawdzę to przy następnej okazji - następny w kolejce jest szal w trójkącie, którego początek w postaci trzech oczek mnie jakoś zastanawia, zwłaszcza w kontekście strzałek na schemacie, które tworzą jakiś dziwny zygzak :D. Planuję jednak podarować na okazje zimowe dwa eleganckie szale z równie eleganckiej włóczki, a nie odważę się mimo wszystko próbować, czy potrafię je zrobić dopiero jesienią.