sobota, 26 października 2013

Złośliwość rzeczy martwych.

Dzierganie swetra na drutach trójkach to dla mnie spore wyzwanie i test determinacji. Kupiłam sobie na tę okazję ulubione druty, żeby ten irracjonalny metraż przerabiał się w maksymalnym komforcie. 

A to cholerstwo postanowiło się rozkleić w połowie drugiego rękawa tak niespodziewanie, że trzeba było dobrych kilka oczek połapać sporo rzędów dalej.





Ale! Jestem z siebie bardzo dumna, bo nie trzasnęłam tym wszystkim o ścianę i nie posłałam za tym żeglarskiej wiązanki. Głównie dlatego, że dopiero co uśpiony syn był tuż obok. Dzieci łagodzą obyczaje :D.

A rękaw finiszuję na zwykłych bambusach.

środa, 16 października 2013

Pierwszy sweter nieegoistyczny.

Dziergam głównie z myślą o sobie. Czasem zdarza mi się drobiazg dla bliźniego, ale jakoś niespecjalnie mnie cieszą takie robótki. Ale sweter dla męża zrobić chciałam od dłuższego czasu. Wzięłam się za to z okazji wspólnego dziergania w grupie na ravelry - Selfish Knitters. Udało mi się zdążyć w terminie i jeszcze zgarnąć za to dwie nagrody, także tym lepiej.



Wzór to Chicane Cookie A. Wybrany ze względu na praktyczny wygląd i ciekawy detal łokcia - zastosowano tam taki myk ściągaczowy, który bardziej ergonomicznie pasuje do zgiętej ręki. 



Sweter powstał z Limy (11,5motka). Dziergał się całkiem fajnie. We wzorze zmieniłam kołnierz, który podobnie jak w Tinder wyrobiłam podwójnej wysokości, złożyłam na pół i doszyłam do początku - wygląda schludniej. Zrobiłam też i-cordowe wykończenie przodów, bo bałam się, że zamek będzie za ciężki dla normalnego wykończenia. Odnośnie zamka - może i wygląda dobrze i jest praktyczny, ale to dramat do wszywania. Ręcznie. Prędko tego nie powtórzę. 

A tak z całkiem innej beczki. Zmieniłam mieszkanie i okolicę przez co musiałam odnaleźć najbliższą pasmanterię. A tam kosz z przecenami. I tak nabyłam cztery motki włóczki głównie angorowej (80%) w kolorze pomarańczowo-koralowym 6zł/motek (550m). Driftwood dla siostry w drodze. 

piątek, 4 października 2013

Pora wywlec swetry z szafy.

I to też uczyniłam. W sumie przed wyjazdem w góry, gdzie chciałam moją wersję Tinder i Harvest Moon focić. Zgodnie z moimi chęciami Tinder mąż zalał mi sokiem, a Harvest Moon okazał się spore nieco za duży przez co niewyjściowy (ale domowo-wieczorny jak najbardziej). 

Tinder robiony był z Pure Merino Yarnartu i szczerze polecam tę włóczkę. Nosiłam ten sweter od kiedy go zrobiłam niemal każdego dnia do końca tej irracjonalnie długiej zimy. Rzucałam go gdzie popadnie po domu, kiedy skończyłam go nosić. Musiałam go wyprać po katastrofie grejpfrutowej. A włóczka nic, cały czas wygląda tak samo, nieco się skulkowała, ale nie na tyle, żeby chciało mi się szukać golarki. Trochę podgryza, jak ktoś jest mocno wrażliwy. 

Focia z parku:



Załapała sie też Catkin czapka. A właściwie wodorostowa czapka - ten kolor daje wzorowi pomyślanemu na bazie kotki zupełnie inny wymiar. Wodorostowy sweter przyrasta zadowalająco. Za 13 rzędów dzielę korpus na przód i tył, żeby zrobić dziury na rękawy. Przy okazji - mądry telefon to spoko gadżet. Broniłam sie przed tym jak przed zarazą, a nie trzeba było, bo moje życie dziewiarskie zyskało po tysiąckroć: County Plus i Ravulous to genialnie wynalazki. 

Udało mi się też zrobić przyzwoite zdjęcie pierwszego w mojej karierze swetra, który nie został wydziergany dla mnie. Ale to innym razem, bo czas jest krótki, a trzeba zdążyć wypić kawę w ludzkich warunkach zanim syn się wybudzi z drzemki.